W rozmowach między ludźmi, zwłaszcza w relacjach bliskich, można bardzo wyraźnie zobaczyć różnicę między słyszeniem a słuchaniem. Słyszenie jest fizjologiczną reakcją – dźwięk dociera do ucha, mózg go rejestruje. Ale słuchanie to coś znacznie głębszego: to gotowość, by zrozumieć drugiego człowieka, wejść w jego świat, usłyszeć sens ukryty za słowami, tonem i emocją. To akt uwagi i obecności. Często w czasie konfliktu dwoje ludzi słyszy się doskonale – każde wie, co drugie powiedziało – ale żadne nie czuje się wysłuchane. I to właśnie wtedy rozmowa zamienia się w wymianę argumentów, w której nie ma miejsca na prawdziwe spotkanie.
W mediacji rodzinnej ten mechanizm widać bardzo wyraźnie. Oboje małżonkowie przychodzą z przekonaniem, że to drugie „nigdy nie słucha”. Tymczasem zwykle oboje mają rację – bo oboje mówią z bólu, z lęku, z poczucia niesprawiedliwości, nie z intencji porozumienia. Ich słowa to często krzyk: „Zauważ mnie! Zrozum, że też cierpię!”.
Przyjrzyjmy się rozmowie Marty i Piotra – pary, która jest w trakcie rozwodu i musi zdecydować, co zrobić z domem w Polsce.
„Ten dom jest mój. Dostałam go od rodziców jeszcze przed ślubem” – mówi Marta, z wyraźnym napięciem w głosie. Na poziomie faktów to zdanie dotyczy własności, ale na poziomie emocji to wołanie o bezpieczeństwo. Dom symbolizuje dla niej rodzinne korzenie, coś, co przetrwało mimo zmian. W obliczu rozwodu boi się, że straci grunt pod nogami – nie tylko dosłownie, ale też emocjonalnie.
Piotr odpowiada: „Jak twój? Włożyłem w ten dom pieniądze! Kupiłem dach i okna!”. Wydaje się, że chodzi o majątek, lecz w rzeczywistości on walczy o uznanie i docenienie. Za tym zdaniem stoi potrzeba szacunku – chce usłyszeć: „Dziękuję, że pomogłeś. Twój wkład miał znaczenie”. Kiedy tego nie słyszy, czuje się pominięty, niedoceniony, nieważny.
Dalej rozmowa przybiera formę znanej spirali obwiniania: „Ty zawsze chcesz mieć wszystko dla siebie”, „A ty udajesz, że to, co moje, jest twoje”, „Nigdy mi nic nie pokazujesz”, „Bo się nie interesujesz”. W tych słowach już nie chodzi o dom – chodzi o poczucie braku zaufania, o potrzebę współpracy, o pragnienie równości. Marta potrzebuje przejrzystości i przewidywalności, Piotr – zaufania i wpływu. Każde z nich czuje się odrzucone. Oboje chcą tego samego – bezpieczeństwa emocjonalnego – ale każde wyraża to w inny sposób: ona poprzez kontrolę, on poprzez potrzebę uznania.
Kiedy emocje rosną, słowa tracą sens. Wtedy pojawiają się zdania, które bolą najmocniej: „Nigdy mnie nie słuchasz”, „Ty też nie słyszysz mnie, tylko siebie”. W tych słowach pobrzmiewa nie tyle złość, co bezradność – bo bycie niewysłuchanym to jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń w relacji. Wtedy nawet najprostsze zdania brzmią jak cios.
Często w mediacjach pojawiają się bardzo podobne rozmowy:
– „Nie obchodzi cię, co czuję!” – mówi żona.
– „Ale przecież robię wszystko, żebyś miała dobrze!” – odpowiada mąż.
Na poziomie faktów on mówi o działaniach, ona o emocjach. On potrzebuje, żeby jego wysiłek został zauważony. Ona potrzebuje, żeby ktoś zatrzymał się na chwilę przy jej uczuciach. Każde z nich czuje, że daje coś ważnego, ale żadne nie dostaje tego, czego naprawdę potrzebuje.
Podobnie, gdy jedno z małżonków mówi: „Nie chcę już o tym rozmawiać”, zwykle wcale nie chodzi o brak chęci rozmowy. To raczej sposób na powiedzenie: „Nie mam już siły walczyć, skoro i tak mnie nie słyszysz”. Albo gdy ktoś mówi: „Zawsze chcesz mieć rację” – często to znaczy: „Chciałbym choć raz poczuć, że moje zdanie ma znaczenie”.
W mediacji uczymy się „słuchać inaczej”. Nie przez pryzmat argumentów, lecz przez pryzmat potrzeb. Mediator może zapytać: „Co dla pani znaczy ten dom?”, „Co pan czuje, gdy słyszy, że to nie jest wasz wspólny majątek?”, „Czego każde z was potrzebuje, by czuć się sprawiedliwie potraktowane?”. Wtedy rozmowa zaczyna się zmieniać. Zamiast walki o rację pojawia się próba zrozumienia.
Gdyby Marta i Piotr potrafili zatrzymać się w tamtym momencie, ich rozmowa mogłaby brzmieć zupełnie inaczej. Marta mogłaby powiedzieć: „Ten dom daje mi poczucie bezpieczeństwa. Boję się, że po rozwodzie stracę coś, co jest dla mnie częścią tożsamości.” A Piotr mógłby odpowiedzieć: „Rozumiem. Dla mnie ten dom to dowód, że potrafiłem coś zbudować. Chciałbym, żebyś wiedziała, że nie chodzi mi o własność, tylko o uznanie mojego wkładu.” Wtedy oboje mogliby poczuć, że zostali usłyszani. Zrozumienie nie musi oznaczać zgody, ale daje przestrzeń, by szukać rozwiązania, które uwzględnia potrzeby obu stron.
Warto pamiętać, że za każdym konfliktem stoi nie zła wola, lecz niezaspokojona potrzeba. Za gniewem zwykle kryje się lęk lub smutek. Za oskarżeniem – potrzeba akceptacji. Za milczeniem – potrzeba spokoju. Słuchanie to sztuka wychwytywania tych ukrytych znaczeń.
Każdy, kto choć raz czuł się naprawdę wysłuchany, wie, jak to zmienia rozmowę. Wtedy napięcie opada, pojawia się odrobina ulgi. Można oddychać. Można myśleć. Można rozmawiać. Dlatego w mediacji często powtarzam: słyszenie jest początkiem, ale prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, gdy druga osoba ma wrażenie, że jej słowa naprawdę do kogoś dotarły.
Bo być wysłuchanym to znaczy być zobaczonym. A kiedy ludzie się widzą, nawet po latach konfliktu, pojawia się coś, co jest początkiem porozumienia. Nie zawsze kończy się to pojednaniem, ale prawie zawsze przynosi spokój.
Właśnie dlatego warto uczyć się słuchania – w małżeństwie, w rodzinie, w pracy. Bo słuchanie to nie tylko narzędzie mediacji. To sposób na życie, w którym drugi człowiek przestaje być przeciwnikiem, a staje się kimś, kogo można naprawdę zrozumieć.
Agnieszka Maria Sità
Jedna sprawa rzadko oznacza jeden problem prawny.
Rozwód może oznaczać konieczność sprzedaży domu. Spadek w Belgii – uregulowania nieruchomości w Polsce. Zakup mieszkania – zabezpieczenia wkładu jednego z partnerów. A konflikt rodzinny może w jednej chwili stać się sprawą międzynarodową dotyczącą praw dziecka.
Właśnie tak pracuję: nie od dokumentu do dokumentu, ale od sytuacji do rozwiązania.
Jestem prawnikiem (ULB) oraz akredytowanym mediatorem rodzinnym i spadkowym. Specjalizuję się w sprawach rodzinnych, prawach dziecka, spadkach, nieruchomościach oraz sprawach transgranicznych – przede wszystkim pomiędzy Belgią a Polską.
Moje kwalifikacje mediatora rodzinnego i spadkowego zdobyłam w ramach AVOCATS.BE. Jestem mediatorem wpisanym na listę Federalnej Komisji Mediacji oraz mediatorem międzynarodowym w sprawach uprowadzenia rodzicielskiego dzieci, wpisanym na listę przy belgijskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
Jako tłumacz i tłumacz ustny przysięgły jestem wpisana do krajowego rejestru prowadzonego przez belgijskie Ministerstwo Sprawiedliwości.
Moje wykształcenie uzupełniają psychotraumatologia kliniczna i wiktymologia (Université Paris V i Centre de Psychotraumatologie Montoyer) oraz prawo cudzoziemców (ULB/ADDE).
Nie wszystko robię sama. I właśnie na tym polega mój sposób pracy.
Współpracuję obecnie z dwiema kancelariami notarialnymi w Belgii oraz agencją nieruchomości, a w sprawach wymagających innych kompetencji – z odpowiednimi specjalistami.
Klient nie musi więc sam zastanawiać się, czy jego problem jest „dla notariusza”, „dla mediatora”, „dla prawnika”, czy wymaga jeszcze innego rozwiązania.
Najpierw patrzymy na całą sprawę. Potem wybieramy właściwą drogę.
W 2019 roku założyłam TRAMPOLINA ASBL właśnie z taką myślą: aby pomoc prawna nie kończyła się na odpowiedzi „proszę zwrócić się gdzie indziej”.
Pracuję w języku polskim, francuskim, angielskim, włoskim i niderlandzkim.
Nie wiesz, od czego zacząć? Zacznij od konsultacji. Zapraszam do konatktu : E-mail: mediator@trampolina.be
